Jak znaleźć pracę nie znając języka?

Kłamstwem jest, że brak znajomości angielskiego lub […]

fot. Victor Korniyenko/Wikipedia

Kłamstwem jest, że brak znajomości angielskiego lub niemieckiego uniemożliwia znalezienie dobrze płatnej pracy. To stereotyp szerzony przez korporacje i wymówka szefów HR uderzająca w osoby 40+. Autor: Zaczarowana Dorożka.

Ten post nie jest pochwałą lenistwa i nie ma zniechęcać do nauki, ale naprawdę nie na każdym stanowisku pracy potrzebna jest znajomość języka obcego. Tego rodzaju obiegowa opinia przynosi więcej złego niż dobrego, wykluczając rzesze specjalistów, osoby o ogromnym doświadczeniu zawodowym, a stawiając w ciemno na gówniarstwo bez polotu umysłowego, którego znajomość langłidża lub szprechanie jest najczęściej jedynym osiagnieciem życiowym i główną kwalifikacją zawodową.

Tzw „Język” jest wygodnym filtrem dla pracowników HR do segregacji CV, wymogiem często irracjonalnym biorąc pod uwagę zadania na wakującym stanowisku pracy i elegancką wymówką dla niekompetentnych szefów działów, którzy chętniej widzieliby u siebie cycatą i zahukaną młódkę niż kutego na cztery nogi i merytorycznie przygotowanego 45-latka, od którego mogliby (jesliby chcieli) sie wiele nauczyć, ale też, który łatwo by ich zdemaskował.

Efekt jest taki, że wraz z zaistniałą modą na zatrudnianie byle gdzie osób o wysokich kwalifikacjach językowych, i traktowanie tego „wodotrysku” jako warunku priorytetowego narasta frustracja tracących pracę osób w średnim wieku, obniża się ich samoocena i zaczyna panować przekonanie, że samo szukanie pracy przy „takiej konkurencji” młodych jest bezcelowe.

To tylko stereotypy.

Mądry pracodawca, niepotrzebujący akurat pracownika do kontaktów ze środowiskami miedzynarodowymi, coraz częście zaczyna zauważać pustkę intelektualną młodych  „skoczków’ z językiem, ich niewielkie przygotowanie zawodowe, niską motywację oraz traktowanie pracy nie jako miejsca nabywania i realizacji umiejetnosci zawodowych ale jako trampolinkę do kariery. Tym samym, coraz wiekszym zainteresowaniem zaczynają się cieszyć osoby 40+ , nie mające silnej pozycji na rynku pracy, o dającym się zweryfikować dużym doświadczeniu na danym stanowisku (lub w danym zawodzie) oraz wynikającą z CV wysoką lojalnością w stosunku do poprzednich pracodawców.

Zaczyna wracać zdrowy rozsądek na rynku pracy, tyle, że specjaliści bez języka (nie każdy miał mozliwości, nie każdy ma czas i zdolności) jeszcze o tym nie wiedzą. Bo i do zdrowego rozsądku warto się odwołać analizując kwestię powierzania zadań nawet w typowych sytuacjach życiowych. Jeśli zanosimy but do szewca, to guzik nas obchodzi iloma gada językami, rozliczymy go za to czy fleka nam przybił prosto czy krzywo. Gdy szukamy hydraulika do kuchni, stolarza, majstra z ekipą budujacego chałupę – patrzymy na ich dotychczasową pracę, doświadczenie i referencje – a gadać sobie może nawet po łemkowsku (minimalny poziom zrozumienia zachowany). Podobnie jest gdy szukamy nauczyciela gry na fortepianie, korepetytora-matematyka do córki maturzystki, ogrodnika, architekta zieleni do ogrodu, a także gdy pracodawca szuka świetnego farmaceuty do apteki, sprzedawcy kredytów konsupcyjnych, maklera ubezpieczeniowego czy prawnika do kancelarii adwokackiej specjalizujacej się w sprawach karnych.

Jest bowiem grupa zawodów, gdzie efektywność jest ich podstawowycm akceleratorem, sensem istnienia i głównym sposobem rozliczania. Jeśli farmaceucie język nie jest do niczego potrzebny by świetnie tworzył zamawiane leki lub prowadził aptekę na przedmieściu – to po co tego od niego wymagać? Lepiej zatrudnić Panią 55-letnią, mającą wieloletnie doświadczenie aptekarskie niż młodą siusiumajtkę po studiach, która bedzie się musiała teraz 10 latuczyć tam, gdzie na naukę nie ma ani miejsca ani czasu. Jeśli produkt ubezpieczeniowy lub kredytowy skierowany jest do polskich obywateli to mądry pracodawca zatrudni doświadczonego i obrotnego konsultanta, z wieloletnim doświadczeniem w sprzedażyproduktów finansowych, potrafiacego wykazać sie określonymi osiagnięciami i pewnym rodzajem obycia – cechami niedostepnymi dla debiutantów zawodowych o dwóch językach obcych, którymi nawet nie będą mieli sie gdzie popisać. Podobnie z adwokatem o obyciu sądowym, karnistą znanym na rynku, o wieku 60+ czyli z czasów, gdy jeszcze przy aplikacjach nie wymagano langłydża – każdy z nas woli skutecznego obrońcę bez języka niż niedouczonego ze świetnym językiem.

Tych zawodów oczywiscie jest więcej. Wszystko zależy od autentycznych wymogów koniecznych na danym stanowisku pracy, dojrzałości intelektualnej pracodawcy lub pośredników (HR) i umiejętności autoprezentacji specjalisty szukającego pracy.

Najważniejsze to nie mieć kompleksów i zdawania sobie sprawy z realiów naszego rynku pracy. Realiów kompletnie odmiennych niż festiwal pobożnych życzeń, który obserwujemy czytając ogłoszenia o pracę. W copierwszym ogłoszeniu firmy headhunterskiej jest jako warunek konieczny znajomość języka, w co drugim, czasem co trzecim ogłoszeniu drobnym także „język”. Tymczasem jak wykazują statystyki wciąż w Polsce tylko 15% pracowników średniego szczebla zna dobrze jakiś język obcy i tylko 50% osób na wysokich stanowiskach menadżerskich jest w stanie porozumiewać się samodzielnie językiem angielskim lub niemieckim. Słabo? A to i tak więcej niż we Francji, a 5 razy więcej niż w USA, a Francuzom i Amerykanom kompleksu niższości i braku kwalifikacji nie można zarzucić.

Uczymy się więc języków ale też gdy jeszcze nie umiemy nie załamujmy się. Te 85% pracowników średniego szczebla, mimo, że byli bez langłydża i nie szprechali, to jednak jakoś tą swoją pracę znaleźli. Te 50% wszystkich szefów, dyrektorów i prezesów, też jakoś się stało dyrektorami, szefami i prezesami pomimo władania tylko jezykiem polskim. Wygląda więc na to, że rzeczywistość śliczne weryfikuje zbyt wydumane i z nieba oczekiwania rekrutacyjne.

Nosy do góry!

Stawiajcie na swoje kwalifikacje, mówcie o osiagnieciach, chwalcie się doświadczeniem i żadnego tam opuszczania głowy czy „szybko się uczę”. Szczeniackie zachowania nie przystoją osobom poważnym, znajacym swoją wartość. Na pytanie o jezyk pytajcie jaki rodzaj kontaktu z językiem bedzie obecny w waszej pracy. Jeśli pracujecie na dokumentach to i tak nie obejdzie sie bez tłumacza-specjalisty lub tłumacza przysięgłego. Nie ma nic gorszego niż rozprawianie o dokumentach (lub ich opisywanie bądź tłumaczenie) przez osoby o dobrej znajomości języka obcego ale bez specjalistycznego słownictwa i doświadczenia prawniczego – to najczęściej generuje więcej problemów niż po prostu przyznanie się do swoich ograniczeń. Oczywiście można też efekt uzyskać sprytnym sposobem koloryzowania na temat znajomości langłydża i liczyć na to, że nie sprawdzą. Trochę szczeniackie, ale skuteczne wtedy, gdy wymóg języka w ofercie pracy tez był szczeniackim zagraniem rekrutera – bo jeśli język jest wymagany formalnie, ale nie wynika to z potrzeby na danym stanowisku pracy – to faktycznie „nie sprawdzą”. To takie trochę wzajemne przymykanie oka: my udajemy, że wymagamy – ty udajesz, że posiadasz znajomość = jest fajnie. Warunek: muszą być autentyczne kwalifikacje zawodowe. Bez nich przymykania oczu nie będzie, kandydat leci przy pierwszym pretekście, na pierwszym sicie, czasem wręcz telefonicznym.

Inna sprawa, że jeśli znamy perfect dwa obce języki i mamy wieloletnie doświadczenie zawodowe poparte konkretnymi osiągnięciami, to jest nam o wiele latwiej znaleźć robotę tam gdzie nie znajdą specjalisci bez języka lub lingwiści bez doświadczenia.

I z tego, musimy tak naprawdę sobie zdawać sprawę.

Tylko, czy wtedy nie będziemy zbyt mocno krecić nosem na proponowane zarobki i wybierać (po raz kolejny)słodkie czekanie w domu na lepszą ofertę?

Jak się człowiek nie odkręci dupa zawsze z tyłu :-))

Blog autora zaczarowanadorozka